Te historie napisało życie...
Blog > Komentarze do wpisu
Pan Tadeusz (2). Z Tarnopola do Opola
Edukację rozpoczął 1 września 1938r. w szkole podstawowej w Grabowcu jedynie z tabliczką i rysikiem w ręku, a ukończył w 1956r. z dyplomem nr 1 Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu jako magister filologii polskiej. Później napisał jeszcze pracę doktorską o Związku Polaków w Niemczech, ale nie dane mu było jej obronić. Na krotko przed tym wydarzeniem zmarł bowiem promotor, profesor Franciszek Hawranek. Dziś opasłe tomisko spoczywa pośród bogatego księgozbioru polonisty i wciąż czeka by ujrzeć światło dzienne...

Podstawówka po radziecku

- W polskiej szkole w Grabowcu dane mi było ukończyć tylko jedną klasę – mówi Bednarczuk. – Później przyszli Rosjanie i zaczęli organizować podstawówkę po swojemu. Wszystkich cofnęli o rok, gdyż stwierdzili, że w polskiej placówce źle uczono. Takim sposobem znowu znalazłem się w pierwszej klasie.

Mały Tadzio był bardzo dobrym uczniem. Miał świetne stopnie, podczas uroczystości zakończenia roku szkolnego, 20 maja 1940r., wręczono mu nawet pochwalną gramotę (dyplom wyróżniający).

 
Pochwalna gramota

W ciasnej izbie

Radziecka placówka edukacyjna przetrwała jeszcze rok. W czerwcu 1941r. pojawili się Niemcy. Z zakasanymi rękawami, na motorach podpalali pojedyncze domy. Wypuszczali też w powietrze serie z karabinów. By pokazać swoją wyższość.

Pod naciskiem Ukraińców wyeliminowano z budynku szkolnego Polaków, a w zamian dano im izbę po Żydach, których w międzyczasie wywieziono do gett. W jednym pomieszczeniu skupiono dzieci z pięciu klas, które, by się pomieścić w skromnej izdebce, musiały kucać w rzędach. Krzesło było tylko jedno, dla nauczycielki. Ławek nikt tam nigdy nie widział. – Strasznie tam ciasno było i tłoczno. Warunki jednym słowem nie sprzyjały wchłanianiu wiedzy, stąd też rzadko pojawiałem się w tej szkole – wspomina pan Tadeusz.

Pod ostrzałem

Kiedy w 1944r. ponownie przyszli Rosjanie, trzynastoletni Tadek znów zaczął regularnie uczęszczać do podstawówki, do trzeciej klasy. Ale nie był to okres wcale pomyślny. – W marcu nasza wioska znalazła się w między młotem a kowadłem. Z jednej strony uciekający Niemcy, z drugiej napierający czerwonoarmiści. Dookoła świszczały pociski, płonęła chata za chatą. 13 dnia miesiąca dosięgło i naszego gospodarstwa – przywołuje z pamięci polonista.

Prawie cały dobytek Bednarczuków obrócił się w proch. - Starszy brat zdołał ocalić jedynie konie i krowy. Z nimi tułaliśmy się później od sąsiadów Kułakowskich do dziadków w Zastawiu – mówi pan Tadeusz.

W kwietniu ojca Tadeusza Bednarczuka z tysiącami innych mężczyzn powołano do wojska i skierowano do Sum na Wołyniu, gdzie koncentrowała się właśnie I Armia Wojska Polskiego. Dwa tygodnie później zabrali też i niespełna osiemnastoletniego Zbigniewa. – Brat związał się z armią na całe życie i dosłużył się stopnia pułkownika. Ojciec natomiast wrócił z koszar już po trzech miesiącach. Miało to związek z chorobą żołądka, na którą cierpiał – opowiada nasz bohater.

Banderowcy znów dają o sobie znać

Jesienią 1944r. ponownie nasiliły się morderstwa banderowców na Polakach. Bednarczukowie zdecydowali się szukać schronienia w Tarnopolu, stolicy województwa.

Podczas dwudziestolecia wojennego był to prężnie rozwijający się ośrodek. Rozkręcał się w nim przemysł, kwitł handel. Wojna przyniosła mu jednak upadek. W marcu 1944r. Hitler ogłosił miasto twierdzą. Okrążeni przez Sowietów Niemcy bronili się do 15 kwietnia. W tym czasie obrócono w perzynę około 80% zabudowań.

- Mimo niewyobrażalnych zniszczeń Tarnopol był bezpiecznym miejscem dla nas, Polaków. Tu na szczęście ukraińscy nacjonaliści nie mordowali, ale już 16 kilometrów na północ, w Ihrowicy, rżnęli, kogo popadnie. Tylko w wigilię 1944r. zginęło tam 90 Polaków! – wydobywa z pamięci pan Tadeusz.

- Siedzieliśmy u dalekich krewnych. W małym pokoiku z kuchnią gnieździliśmy się we trzy rodziny – opowiada dalej. – Żeby zarobić nieco grosza buszowałem po ruinach i zbierałem fragmenty drewnianych podłóg, które następnie sprzedawałem.

Byle dalej stąd

Wiosną 1945r. w Tarnopolu pojawił się pierwszy polski oficer, przedstawiciel władz tymczasowych. Jego zadaniem było przygotowanie miejscowych na wyjazd. Dokąd, nie było jeszcze wiadomo, ale ludziom było to obojętne. Wszyscy chcieli na gwałt opuścić miasto. Byle dalej stąd, byle uciec przed banderowcami.

- 25 maja ojciec dostał od tarnopolskiego urzędu repatriacyjnego przepustkę. Mogliśmy jechać. Z rodzicami, babcią, wujenką Marysią i dwoma krowami zapakowaliśmy się do wagonu i ruszyliśmy na zachód – relacjonuje Bednarczuk.

Transport po trzech dniach dotarł do Groszowic pod Opolem. Wszystkich wyprowadzono ze składu i pozostawiono na pastwę losu. – Przesiedzieliśmy pod prymitywnym daszkiem cały miesiąc. W międzyczasie odbywaliśmy też spacery po Opolu, z których został mi w pamięci obraz porozrzucanego po ulicach pierza i porwanych książek. Mogliśmy tam zostać, ale ojciec nie chciał. No bo co począć z krową w mieście? – pyta pan Tadeusz.

Na namysłowskiej ziemi

W końcu podstawiono skład do Bierutowa. Wsiedli do niego także Bednarczukowie. – Wszystkich nas wyrzucili jeszcze w Domaszowicach i kazali szukać sobie domów. Niektórzy pakowali się do Niemców, a niektórzy wybierali opuszczone zabudowania – mówi polonista. - Ojciec znalazł dla nas mały domek w Dziedzicach. Od państwa dostał 7 ha ziemi jako rekompensatę za pozostawione na wschodzie mienie. I tak sobie skromnie żyliśmy z naszego gospodarstwa...

W wrześniu w pobliskich Włochach ruszyła szkoła. Tadeusza rodzice zapisali do 5 klasy. Był bardzo bystrym i zdolnym uczniem – w ciągu dwóch lat zdobył wykształcenie podstawowe (ukończył klasy: piątą, szóstą, siódmą i ósmą w cztery semestry). Później dojeżdżał do Namysłowa – z początku do Liceum Ogólnokształcącego, a później do Technikum Ekonomicznego, do którego się przeniósł.

Maturę zdał w 1952r. Celująco oczywiście, bo inaczej nie mógłby nawet myśleć o studiach. – Po ukończeniu szkoły średniej zazwyczaj dostawało się nakaz pracy, jednakże dwóch najlepszych miało zawsze prawo podjęcia nauki na wyższej uczelni. Postanowiłem dać z siebie wszystko. Napisałem 20 stron o pozytywizmie – wspomina pan Tadeusz. – Cieszę się, że doceniono moje umiejętności.

W drodze po dyplom

Wybór uczelni był dla wzorowego maturzysty prosty. Wyższa Szkoła Pedagogiczna we Wrocławiu. Kierunek – filologia polska. Bez dwóch zdań. – Marzyłem o tym, by zostać nauczycielem, a przy tym fascynowała mnie literatura polska, którą zaraziła mnie nauczycielka języka polskiego w szkole średniej Wiktoria Hajdamowicz – wyznaje pan Tadeusz. – Nie bez znaczenia był też fakt, że na tej uczelni studiowała już Łucja, moja ukochana dziewczyna i przyszła żona...

 

Z Łucją, miłością swego życia

Wrocław był wówczas kompletnie zrujnowany, a jego ulice tylko częściowo odgruzowane. – Z Podwala, gdzie mieścił się nasz akademik, do budynku uczelni przy ulicy Poniatowskiego szło się wąskim przesmykiem między zwałami gruzów. Ulica Poniatowskiego była jedną z lepiej zachowanych ulic Wrocławia, budynek uczelni też na szczęście nie ucierpiał podczas działań wojennych – wraca do minionych dziejów Bednarczuk. – Ale najważniejszy był klimat tamtych lat: Wrocław był już wtedy wielkim ośrodkiem akademickim z uniwersytetem, akademią medyczną i politechniką. Na uczelniach wykładało wielu lwowskich profesorów, całe miasto zresztą opanowali bliscy memu sercu lwowiacy.

- Nasza grupa liczyła na początku trzydzieści trzy osoby. Wśród nich dominowali dwudziestolatkowie, świeżo upieczeni maturzyści – ciągnie pan Tadeusz. – Nikt nie pływał w pieniądzach. Niemal wszyscy wywodzili się z rodzin robotniczych, chłopskich i urzędniczych i wszyscy czekali na stypendia jak na zbawienie. 180 zł na głowę co miesiąc, prymusi mieli 60 zł ekstra. Ledwo to wszystko na utrzymanie starczało.

- Wykłady i ćwiczenia były obowiązkowe, na każdych zajęciach musieliśmy podpisywać listę – dodaje polonista. - Za kilka nieobecności można było nawet wylecieć z uczelni. Oczywiście nie samą nauką żyliśmy. Był czas na teatr, kino i operę. Pod kierunkiem Haliny Dzieduszyckiej (żony hrabiego Wojciecha) stworzyliśmy nawet własną amatorską scenę.

Z Wrocławia do Opola

Dobre czasy dla wrocławskiej uczelni skończyły się w roku 1954. Na wyższych szczeblach partyjnych zapadła decyzja, by przenieść ją do Opola, do budynku po liceum pedagogicznym na Luboszyckiej. – W porównaniu z wręcz mitycznym Wrocławiem, Opole było wtedy kulturalną pustynią. Jeden, półamatorski teatr, jedno kino „Odra”, kawiarnie „Bajka” na Ozimskiej i „Teatralna”. I to wszystko – kreśli obraz miasta Bednarczuk. – Mimo to staraliśmy się włączyć w nurt życia kulturalnego stolicy Górnego Śląska. Koledzy próbowali sił w radiu, ja natomiast nawiązałem współpracę z „Trybuną Opolską”.

Niedługo potem nadszedł czas pisania prac magisterskich. Tadeusz Bednarczuk, za namową swego mentora, profesora Stanisława Kolbuszewskiego stworzył pracę o życiu i twórczości Jakuba Kani, działacza społecznego i ludowego poety z Siołkowic. Obronił ją w czerwcu 1956r. i otrzymał dyplom ukończenia studiów wyższych na Wydziale Filologicznym opolskiej WSP opatrzony numerem 1. – Skąd to wyróżnienie? – pytam z zaciekawieniem. – To bardzo proste – słyszę w odpowiedzi. - Moje nazwisko zaczyna się na literę „B”, a w grupie osób, które zdały wówczas egzamin magisterski nie było nikogo o nazwisku na „A”. Ot i cała tajemnica.

Ciąg dalszy nastąpi
 
Paweł Pawlita/Brzeska Powiatowa
 
czwartek, 26 lutego 2009, hiberni

Polecane wpisy

  • Edward Kafel - pionier brzeskiej fotografii

    Jego mama marzyła o tym, by został księdzem. On poświęcił się fotografii i po przybyciu do Brzegu w 1945 roku otworzył pierwszy w mieście zakład fotograficzny.

  • Naczelnik z Malinówki

    Niebawem skończy 70 lat. Nietuzinkowy pedagog, wieloletni radny, naczelnik gminy i miasta Brzeg. Jan Pikor Urodził się 16 października 1939r. w Malinówce, wsi w

  • Moja dusza została w Brzegu

    Urodził się Kluczborku, wychowywał w Brzegu, a życie ułożył w Plön. Roland Reche, przewodniczący stowarzyszenia byłych mieszkańców Brzegu, zwolennik polsko-niem

Stronę monitoruje stat24