Te historie napisało życie...
Blog > Komentarze do wpisu
Porucznik z Kamionki
Urodził się 20 kwietnia 1925r. w Kamionce, wsi w obwodzie grodzieńskim. Wtedy tereny te należały jeszcze do II Rzeczypospolitej (dziś w granicach Białorusi). Gdy wybuchła wojna miał zaledwie 14 lat. 5 lat później zaciągnął się do wojska i wyruszył na front. Przedstawiam historię porucznika Jana Kulika, mieszkańca Lipek.

W kamasze

W 1944r., po trwającej trzy lata okupacji niemieckiej, ziemia grodzieńska trafiła ponownie pod protektorat sowiecki (pierwszy w latach 1939-41). Podobnie jak w innych częściach Związku Radzieckiego, tak i tu formowały się i grupowały jednostki wojskowe, gotowe ruszyć z wielką ofensywą na III Rzeszę.

W lipcu do Kamionki przybył niewielki oddział partyzancki imienia Wandy Wasilewskiej. - Pod nasz dom podjechało dwóch konnych. Zapewne zwabiła ich znajdująca się na podwórzu studnia – wspomina pan Jan. – Napoili konie, umyli się i wtedy mnie dostrzegli. Zawołali: Chłopcze, chodź z nami na ochotnika. Potrzebujemy młodych i sprytnych żołnierzy!

- I wtedy otrzymałem pierwszą w życiu broń, dwa granaty oraz orzełka do czapki – ciągnie dalej pan Kulik. – I w drogę. Na zachód, w kierunku Grodna...

 
– Na froncie wielokrotnie o mały włos nie straciłem życia – mówi porucznik Jan Kulik (fot. Paweł Pawlita)


Marsz na Grodno

Pierwsze kłopoty oddział napotkał już po 20 kilometrach marszu, w miasteczku Skidel, położonym nad rzeką Kotrą. Aby przedostać się na jej drugi brzeg należało przeprawić się przez przygotowaną w pośpiechu przeprawę pontonową. I to właśnie tuż przed nią partyzantów zaskoczył nalot niemieckich samolotów. - Kiedy zaczęły łomotać, myślałem, że już po mnie. Za sobą słyszałem krzyki dowódcy rozkazującego skrycie się, ale nie reagowałem. Stałem tak chwilę bez ruchu i zastanawiałem się, gdzie szukać schronienia. Instynktownie wybrałem ścianę pobliskiej chałupy. Przeżyłem...

Ocalała również pozostała część załogi, tak w ogóle okazało się, że przeprawa pozostała praktycznie nienaruszona. Partyzanci ruszyli więc dalej. W drugim dniu urządzili obóz w Ejsmontach, wsi znanej z prozy Elizy Orzeszkowej. – Była to piękna osada. Co parę metrów stał dom. Każdy z gankiem, kryty strzechą, prawie jak pałac – wyznaje pan Kulik. – Pamiętam jeszcze, jak podeszła do mnie wtedy kobieta i zapytała: A wy dzisiaj śpiewać będziecie?

I rzeczywiście śpiewali, ale dopiero po zmierzchu. Za dnia pomogli jeszcze miejscowym chłopom zebrać siano z łąk.

Na wieczornym apelu zabrzmiała „Rota”. - Kiedy z piersi setek ludzi wyrwało się „Nie rzucim ziemi...” wszystko zaczęło płakać. Ludzie czapki pozdejmowali. Wypełniała nas nadzieja na wolną Polskę – wzrusza się pan Jan.

Chcieliśmy pomóc Warszawie

- 2 sierpnia dowiedzieliśmy się przez radio, że w Warszawie wybuchło powstanie – kontynuuje opowieść nasz weteran. – Postanowiliśmy zboczyć z trasy i ruszyć stolicy na pomoc.

Odsiecz zakończyła się już dwa dni później. Partyzantów okrążył batalion piechoty. – Rozbroili nas, wsadzili w ciężarówki i odwieźli 40 km w tył – oburza się pan Kulik. – Co miałem robić? Poszedłem do domu, dostałem od matki kiełbasę i dalej w drogę.

Oddział maszerował w stronę Białegostoku. Po drodze zatrzymali się w Mostach. – Miałem tu sporo krewnych, których postanowiłem odwiedzić – przypomina sobie nasz rozmówca. – Tak mnie ugościli, że obudziłem się dopiero rankiem następnego dnia, na sianie w stodole. Moich żołnierzy już nie było...

W koszarach


Jan Kulik wrócił do domu, do Kamionki. Myśl o wojaczce jednak nie dawała mu spokoju. Stawił się w armii pod koniec września. Kilka tygodni spędził w koszarach w Lidzie. - Jeść dawali całkiem nieźle, bo i kasza, i chleb ze słoniną się znalazły. Na towarzystwo też nie dało się narzekać, w końcu było tu ze mną kilku kolegów ze szkolnej ławy, no i nasz nauczyciel Laskowski – przywołuje z pamięci.

W październiku wojaków wsadzono do pociągu i odtransportowano do Woli Karczewskiej, wsi w pobliżu Otwocka. – Tu nas umundurowano i tu 4 grudnia złożyliśmy uroczystą przysięgę – mówi Kulik.

Po przysiędze trafił do 3 pułku zapasowego I Armii Wojska Polskiego. Służba zaczęła się niefortunnie, bo od choroby, a mianowicie tajemniczej wysypki na nogach, która po trzech tygodniach zamieniła się w jeden wielki strup. - Było to w wigilię. Pełniłem akurat wartę. Trzepało mnie strasznie, męczyła gorączka... – blednie na samą myśl o tym wydarzeniu pan Jan.

Na szczęście zobaczył go dowódca i polecił natychmiast odesłać do batalionu sanitarnego. - Było tam jak w raju – rozmarza się Kulik – przystrojona choinka, 2 żelazne piecyki, miękkie posłanie... W takich warunkach szybko wracałem do zdrowia.

 
Jedno z niewielu zdjęć z wojaczki, które udało się Janowi Kulikowi ocalić. Na fotografii (w środku) z kolegami z oddziału (fot. Archiwum Jana Kulika)


Rusza ofensywa

Gdy Jan Kulik wrócił na posterunek ruszała akurat wielka ofensywa Armii Wojska Polskiego. W I-ej Samodzielnej Brygadzie Kawalerii poszukiwali osób przeszkolonych na cekaemach. Kulik zgłosił się natychmiast.

Kroczyli na zachód. Pierwszym przystankiem była Warszawa: - Nocowaliśmy na Pradze – przypomina sobie nasz weteran. – Ze stolicy zachował mi się w pamięci głównie obraz placu przed dworcem kolejowym, wokół którego wznosiły się kikuty kominów. Same budynki leżały w gruzach. Pamiętam też kwitnący tam uliczny handel.

Później zaczęła się prawdziwa wojaczka. Pan Kulik zawsze szedł w pierwszym rzucie, innymi słowy na pierwszy ogień. 3 marca jego pułk ułanów dotarł do Gryfic (wówczas Greiffenbergu). – Broniliśmy tam mostu kolejowego przed Niemcami. Na nasypie kolejowym czekaliśmy na nich z cekaemem – wspomina nasz rozmówca.

Wróg pojawił się dopiero pod osłoną nocy. Jego liczebność zmniejszała się z minuty na minutę. Broń spisywała się całkiem nieźle. Do czasu.

W pewnym momencie bowiem cekaem się zagwoździł. – Po prostu nie chciał strzelać; jak gdyby się uparł. To oznaczało pewną śmierć – z przerażeniem mówi pan Jan. – Ocaleliśmy tylko dzięki załodze drugiego szwadronu, która przybyła nam z pomocą. Mieliśmy naprawdę wielkiego farta.

Na froncie oddział pana Kulika spotykały też i radosne niespodzianki: - Było to pod koniec marca. Idziemy przez łąkę, patrzymy i nie możemy uwierzyć... Krowa! – cieszy się na to wspomnienie nasz bohater. - To był wielki dar. Złapałem ją, a potem codziennie doiłem. Dawała na raz 4 litry mleka! Ile placków z tego było!

Po zawierusze

Wojaczka zakończyła się dla Jana Kulika i jego kompanów 7 maja 1945r. – Rosjanie wycofali nas z frontu. Zaledwie 120 km od Hamburga i 6 km od Łaby. Nie chcieli, byśmy spotkali się z Amerykanami – przypuszcza żołnierz.

8 maja wieczorem do oddziału dotarła informacja o oficjalnym zakończeniu wojny. Wszyscy z radości zaczęli strzelać seriami z cekaemu. Całe magazynki pocisków poszły w niebo.

- Tak doczekałem końca wojny – kończy snuć swoje wspomnienia porucznik Jan Kulik. Po odejściu do cywila osiadł w Lipkach i tu też się ożenił. Z małżonką Marią wychowali jedną córkę – Mirosławę. Mają pięcioro wnuków i troje prawnuków. Wiodą spokojne i szczęśliwe życie. – Dobrze nam tu na tym świecie. Byleby zdrowie dalej dopisywało – mówią.

Paweł Pawlita/Brzeska Powiatowa

środa, 04 lutego 2009, hiberni

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Andrzej Sielchanowicz, *.pila.vectranet.pl
2012/05/21 23:37:48
Witam, czy jest jakaśmożliwośc skontaktowania sięz panem Janem Kulikiem. Moja rodzina pochodzi z tej samej miejscowości Kamionki na Białorusi z której pochodzi pan Jan Kulik. Chciałem sięzapytać czy może kojarzy moją rodzinę. Pozdrawiam.
Stronę monitoruje stat24