Te historie napisało życie...
Blog > Komentarze do wpisu
Ucieczka przed banderowcami
Z Kresów Wschodnich do Lipek

8 maja 1945 roku oficjalnie zakończyła się II wojna światowa. Nie oznaczało to jednak końca kłopotów Polaków. O ich losach zadecydować miała Wielka Trójka podczas trwającej w dniach 17.07. – 2.08.1945 roku konferencji w Poczdamie. W wyniku postanowień, które tam padły, zachodnią granicę Polski odtąd miały wyznaczać rzeki: Odra i Nysa Łużycka. Oznaczało to repatriację ludności niemieckiej, której miejsce (m.in. na Dolnym Śląsku) zająć mieli mieszkańcy Kresów Wschodnich, a także ludność z przeludnionych terenów centralnej Polski.

Pieczę nad akcją przesiedleńczą sprawował Państwowy Urząd Repatriacyjny (PUR) – na naszym terenie placówka w Brzegu, której pracownicy organizowali furmanki mające odtransportować ludzi do poszczególnych wsi.

 

Pochodzenie mieszkańców wsi Lipki (Rys. Katarzyna Cieślak)


Z Kresów

W przeciwieństwie do osadników z południowych i centralnych ziem Polski, jak pisze Katarzyna Cieślak w pracy magisterskiej o Lipkach, przyjazd Polaków z Kresów Wschodnich był zorganizowany i nastąpił w ostatnim kwartale 1945 roku. Przybywali oni tu w grupach, wraz z całym dobytkiem, zrywając całkowicie kontakty z ojcowską ziemią.

Głównymi motywami ich migracji była chęć pozostania na terytorium Ojczyzny – Polski, oraz ogromny strach przed banderowcami, przed rzezią ukraińskich nacjonalistów.

Żyjący lipkowscy repatrianci do dziś pamiętają masakry, jakie wydarzyły się tam na Wschodzie. Najczęściej wspomina się tragedię, jaka spotkała nieżyjącą już Justynę Najborowską.

Mord w Derżowie

- Ciocia wypiekała właśnie chleb. Był wieczór 9 maja 1944 roku – zachowała w pamięci jej siostrzenica, Anastazja Barszczewska. – Dwoje starszych synów cioci poszło do stajni obrządzać. Za nimi podążyła ich kilkunastoletnia siostra. Żeby wydoić krowę. Wujek zamiatał podwórze. Dwoje najmłodszych dzieci leżało już w łóżkach. Ciocia krzątała się w kuchni.

Wtem rozległ się przeraźliwy krzyk ze stajni. Banderowcy wdarli się do zagrody. - Oblali budynki benzyną i podpalili – wspomina pani Anastazja. – Siostra cioteczna dojąca krowę spaliła się żywcem, ciotecznych braci natomiast wywlekli ze stajni i zamordowali. Stryj w pośpiechu uciekł na strych, zaciągając za sobą drabinę. Stamtąd nawoływał w stronę wsi, żeby wszyscy Polacy się ratowali. Potem żarliwie zaczął odmawiać „Pod Twą obronę”. W końcu zamilkł pochłonięty przez płomienie.

W domu tymczasem ogień momentalnie zajął pokój, w którym spały najmłodsze dzieci. - Ciocia nie miała szans, żeby je stamtąd wydostać - przywołuje Barszczewska. – Sama uciekając przed śmiercią, schowała się w pokoju obok kuchni. Kiedy dym zaczął w końcu ją dusić, wiedziała, że nie ma wyjścia – musiała wydostać się na zewnątrz.

- Wydostała się przez podłogę na dwór - kontynuuje kobieta. – Banderowcy przestrzelili jej udo, ale nie zabili. Ciocia pobiegła w stronę ogrodu, ukryła się w kukurydzy. Z dala obserwowała jak traci wszystko, co kochała…

Tego dnia, w którym zginęła rodzina Justyny Najborowskiej, we wsi Derżów, gmina Rozdół, powiat żydaczowski, zamordowano osiem rodzin polskich, w tym również rodziny braci Justyny Najborowskiej – Mikołaja i Teodora Szajnowskich. Podpalono też polski kościół. Łącznie w zbrodni zginęło ponad sto osób.

Justyna Najborowska wraz z innymi Polakami z okolicy początkowo ukrywała się w lasach, potem uciekła do miasta Stryj, skąd przedostała się na zachód. Najpierw trafiła do Gostynia w Wielkopolsce, lecz namówiona przez krewnego osiadła w Lipkach. Tutaj ponownie wyszła za mąż – za brata zmarłego męża, Piotra Najborowskiego, który na wschodzie także stracił najbliższych – żonę i córkę.

Strach w Delawie

O śmiertelnych obawach i bezwzględnych ukraińskich nacjonalistach wspomina też repatrianka z innej wsi w województwie stanisławowskim, Franciszka Guszpit: - W Delawie było pięć rodzin czysto polskich. Pozostałe rodziny były mieszane. Stalin obiecał Ukraińcom, że kiedy wymordują na swej ziemi wszystkich Polaków i Żydów, to dostaną w zamian „Samostijną Ukrainę”. Dobrze, że mieliśmy dobrego sołtysa, który ostrzegł nas, Polaków, żebyśmy nie szli do kancelarii, kiedy zaczną nas wzywać. Kazał postawić przed domami warty i mieć się na baczności.

Po wsi chodziły słuchy o zbrodniach dokonywanych przez banderowców. - W sąsiedniej wsi – Skinka po ukraińsku, a po polsku Ścianka, znajdował się polski folwark – zachowała w pamięci pani Franciszka. – Któregoś dnia napadli na niego nacjonaliści ukraińscy, zapędzili wszystkich mieszkańców do piwnicy, wlali tam benzynę i spalili żywcem.

Po tych wydarzeniach na Polaków padł wielki strach i gdy tylko pojawiła się możliwość wyjazdu na Zachód, całe rodziny zgłaszały gotowość do opuszczenia stanisławowszczyzny. Również mąż pani Guszpit natychmiast udał się do Stanisławowa celem rejestracji wyjazdu.

- Stamtąd przez znajomych ze wsi dał mi znać, żebym zbierała się do drogi – wraca pamięcią kobieta. – Sam nie wrócił, bo bał się, że go zamordują. A mieliśmy wtedy przygotowane już materiały na budowę nowego domu: deski, cegły, kamienie. Trzeba to było jednak wszystko zostawić i uciekać.

Do Lipek

Na furmance i z dwuletnim dzieckiem przy piersi Franciszka Guszpit dotarła do Stanisławowa, skąd wraz z mężem w wagonie towarowym ruszyła na drugi kraniec Polski. - Wszystkie wagony, za wyjątkiem jednego nie były kryte, a był to początek grudnia – przypomina sobie repatriantka. – Na początku zawieźli nas do Medyki, gdzie na bocznicy mieliśmy dwutygodniowy postój. Pamiętam, że było wtedy strasznie zimno. Nam na szczęście udało się dostać do krytego wagonu, w którym znajdował się na dodatek piecyk. Razem z innymi kobietami gotowałyśmy ciepłą strawę z chleba i wody dla dzieci, które marzły w nieokrytych wagonach. Ponieważ z tego zimna zaczęły zamarzać zwierzęta, a nawet ludzie, postanowiliśmy przekupić konduktora, aby przepuścił w końcu nasz transport. Najstarszy z mężczyzn chodząc po wagonach zebrał sporą sumę pieniędzy, dzięki czemu nasz pociąg znów ruszył. Na Wigilię byliśmy już we Wrocławiu. Stamtąd na drugi dzień przewieziono nas do Brzegu, gdzie przywitali nas repatrianci, którzy przybyli tutaj wcześniej. Przynieśli nawet dzieciom ciastka i inną żywność.

W Brzegu na rodzinę Franciszki Guszpit czekała już furmanka do Lipek. - We wsi wszystko było już praktycznie zasiedlone – pamięta delawianka. – Przez półtora roku mieszkaliśmy z Zolką – Ślązakiem. W jego domu zajęliśmy cały dół, a on przeniósł się na górę. Potem z Niemiec przyjechała jego żona – Niemka wraz z siostrą i musieliśmy się stamtąd usunąć. Zajął się nami PUR. Zakwaterowali nas w budynku, gdzie za Niemca był sklep. Mieszkała tam jeszcze Niemka, ale kazali jej przenieść się do sąsiada. Potem i ta Niemka wyjechała. Dobra to była kobieta, bo kiedy odjeżdżała dała mi ubranka dla dzieci.

- Gmina ofiarowała nam 9 hektarów ziemi, konia, krowę, wóz i narzędzia rolnicze - kończy swe wspomnienia pani Franciszka. – Zabraliśmy się więc od razu do roboty.

Ruch ludności w Lipkach trwał w latach 1945-1959. Nowych mieszkańców wsi czekał trudny proces adaptacji i integracji społeczno-kulturowej.

Paweł Pawlita

Gazeta Brzeska, Nr 621 (http://www.gazetabrzeska.eu/Archiwum/Numer/621)

sobota, 27 sierpnia 2011, hiberni

Polecane wpisy

  • W ryczyńskim lesie

    Długo jeszcze przed lokacją miasta Brzegu istniała na prawym brzegu Odry kasztelania ryczyńska. Była ona siedzibą pana gruntowego, do którego należała kolebka B

  • Wieś Lipki, jej powierzchnia oraz dawni mieszkańcy

    W roku 1783 powierzchnię, na której gospodarowali lipkowscy kmiecie obliczano na 30 łanów flamandzkich (1 łan flamandzki - 16,8 ha). Do ówczesnej wsi należały

  • Lipki - dawna wieś rycerska

    Lipki są miejscowością starą. Pierwsze wzmianki o niej pochodzą z dokumentu datowanego na rok 1303. Dowiadujemy się z niego, że już wtedy stał tu kościół. Potwi

Komentarze
Gość: SZAJNOWSKI, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/10/23 23:28:10
Mój Tata Marian Szajnowski z bratem Florianem i matką Marią też przeżyli ten mord w Derżowie osiedlili się w Krakowie.
-
Gość: szajnowska, 81.26.8.*
2011/12/21 17:42:38
tez mam na nazwisko szajnowska. Moja babcia rozwiodla sie z szajnowskim z krakowa i nie znam go ani innym szajnowskich. Moze moja rodzina pochodzi z tych stron, o ktorych mowa w tym tekscie?
-
Gość: Szajnowski, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/01/30 16:10:59
Jak z Krakowa z Szajnowskich to przeważnie z tych z Derżowa.
-
Gość: Kraszewski A., *.play-internet.pl
2012/05/29 10:04:27
Z relacji Mamy wiem, że Justyna Najborowska już uciekając postrzelona ostrzegła wielu Polaków chowających się w swoich gospodarstwach, żeby jednak uciekali bo piwnice nie są dobrym schronieniem. Ocaliła ich bo po powrocie zastali spalone domy. Później w Polsce rodzice spotkali elektryka, który pochodził ze Śląska, a w czasie wojny pracował na lotnisku polowym w okolicach ( fonetycznie "Lysietyczy") i potwierdził, że w tym czasie opatrywał kobietę ranną w udo, która uciekła z Derżowa.
-
Gość: Szajnowski, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2013/02/27 21:44:45
Kraszewska to było panieńskie nazwisko mojej babci też z derżowa
-
Gość: szajnowska, *.bb.sky.com
2014/03/27 19:57:09
a czy Wiktor szajnowski, moj dziadek, jest kogos z was piszacych komentarze krewnym? bardzo chcialabym wiedziec skad pochodze, skad jest moje nazwisko
-
Gość: Potomek, *.adsl.inetia.pl
2014/07/11 11:31:48
Już niewielu zostało z Tych, którzy jako dzieci coś widzieli lub słyszeli. Potrzeba więcej danych żebym mógł z nimi porozmawiać. Informacje są często zatarte, niepewne. Ale może zajmę się tematem. Jedno Imię nie wystarczy musi być powiązane z innymi Imionami, z miejscami zamieszkania, częścią wsi, fragmentem relacji przekazanej komuś i usłyszanej potem.
-
Gość: , *.internetdsl.tpnet.pl
2014/08/13 08:02:59
moi też uciekli i też do krakowa, dziadkowie juz nie zyją a matka miała wtedy pare miesięcy.
-
Gość: Przemek, *.play-internet.pl
2016/01/06 21:14:26
Mój Pra dziadek Piotr Szajnowski i Pra Babcia Anna Szajnowska którzy mieszkali w Derżowie, uciekli w tą noc co miał się odbyć mord na ludziach, zasiedlili się w Polsce, na wsi Gościmowice, nieopodal Piotrkowa Trybunalskiego gdzie teraz mieszkam.
-
2016/10/12 12:58:30
Rodzina mojej mamy, którzy mieszkali w Derżowie ocaliła swoje życie uciekając do lasu. Po powrocie zastali zgliszcza ze spalonego domu. Ale mama wspominała o Ukraińcach: Mełeszko (Meleszko) i Chabak, którzy ratowali Polaków ukrywając ich w swoich domach
Stronę monitoruje stat24